Powiększenie

William Donovan, dyrektor Biura Służb Strategicznych

Dziki Bill i komuniści

red.

W czasie II wojny światowej w służbach wywiadowczych USA zostali zatrudnieni komuniści i agenci NKWD. Trafili tam dzięki naiwności amerykańskich urzędników

William Donovan – sprawujący podczas wojny funkcję dyrektora Biura Służb Strategicznych (OSS), czyli amerykańskiego wywiadu – do komunizmu i komunistów miał podejście pełne dobroduszności, infantylizmu i dobrych chęci. Dzięki odtajnionym dokumentom z archiwów sowieckich wiemy, że jeszcze przed przystąpieniem Stanów Zjednoczonych do wojny Donovan spotkał się z przedstawicielami Komunistycznej Partii USA (KPUSA) w celu werbunku komunistów do pracy szpiegowskiej na terenie okupowanej Europy. Generał NKWD Paweł Fitin pisał w tajnym dokumencie skierowanym do Grigorija Dimitrowa, szefa Kominternu, o spotkaniu, do którego doszło w listopadzie 1941 r. pomiędzy Donovanem a Miltonem Wolffem, szefem Brygady im. Lincolna podczas wojny domowej w Hiszpanii i członkiem KC KPUSA. Łącznikiem, który zaaranżował spotkanie, miał być Vincent Sheean, były korespondent wojenny w Hiszpanii.

Na początku spotkania Dziki Bill, jak popularnie nazywano Donovana, wyraził dezaprobatę, że US Army zakazała wstępowania w swoje szeregi byłym bojownikom Brygady Lincolna, którzy „przecież mieli doświadczenie w nowoczesnej wojnie". Poinformował też Wolffa, że trwają starania o zwolnienie z francuskiego obozu koncentracyjnego Luigiego Gallo, byłego inspektora międzynarodowej brygady i członka włoskiej kompartii. Następnie Donovan zaproponował Wolffowi wytypowanie niezawodnych weteranów i przekazanie ich Brytyjczykom celem przerzucenia ich na tereny okupowane przez państwa osi. W tym celu skontaktował go z płk. Baileyem z brytyjskiego wywiadu.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Paweł Łepkowski

Mroczna zagadka

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Tym żył świat

Felietony

AN

Fotoplastykon - Dziewczyna o smutnych oczach

Zanim Jadwiga Andrzejewska po raz pierwszy stanęła przed kamerą, zadebiutowała w teatrze. Miała wówczas 17 lat. Zwykle krytyczny Antoni Słonimski porównał jej sceniczną ekspresję do aktorstwa Lillian Gish, gwiazdy amerykańskiego kina niemego. Przed wojną Jadzia zagrała w kilkunastu filmach, jednak w większości były to role drugoplanowe. I cóż z tego, chciałoby się rzec, skoro po latach, gdy ogląda się ocalałe kopie, to właśnie Andrzejewska przyciąga uwagę widzów jak mało kto. Z jednej strony, jej naznaczone egzystencjalnym bólem spojrzenie predestynowało ją do ról dramatycznych. Z drugiej, dziewczęca uroda i perlisty śmiech dawały jej szansę w kabarecie i komedii. W efekcie grane przez nią bohaterki nigdy nie były oczywiste, zaskakiwały skalą emocji i ekspresji. I choć nie została gwiazdą formatu Jadwigi Smosarskiej czy Elżbiety Barszczewskiej, to publiczność ją uwielbiała, a krytycy doceniali. Więcej o artystycznej drodze „dziewczyny o smutnych oczach” na s. 76.