Powiększenie

John Edgar Hoover kierował FBI w latach 1924–1972

Imperium Hoovera

Paweł Łepkowski

Zmieniali się prezydenci i układy sił na Kapitolu, a on trwał i rósł w siłę. John Edgar Hoover, szef FBI, przez niemal pół wieku miał ogromny wpływ na amerykańską i zagraniczną scenę polityczną

Do 1870 r. Ameryka nie posiadała żadnej służby o charakterze śledczym, wywiadowczym czy kontrwywiadowczym. Dopiero pięć lat po zakończeniu wojny secesyjnej Departament Sprawiedliwości otrzymał polecenie od prezydenta Ulyssesa Simpsona Granta utworzenia organizacji mogącej zaprowadzić porządek w spustoszonym wojną kraju. Żeby mieć stały kontakt z prezydentem, prokurator generalny i jego prawnicy zajęli całe trzecie piętro znajdującego się zaledwie jedną przecznicę od Białego Domu budynku Freedman's Savings Bank. Ówcześni dziennikarze opisywali to miejsce jako ciemną, cuchnącą ściekami, pełną szczurów i karaluchów paskudną plątaninę ciemnych korytarzy.

Ze współczesnego punktu widzenia zakres uprawnień śledczych grupy stworzonej przy Departamencie Sprawiedliwości był ograniczony niemal do zera. Co prawda Kongres przyznał im 50 tys. dolarów rocznego budżetu – co w drugiej połowie XIX wieku było pokaźną kwotą – oraz prawo wykrywania i ścigania przestępstw przeciw Stanom Zjednoczonym, ale były to uprawnienia bardzo surowo kontrolowane. W rzeczywistości przynajmniej czterech XIX-wiecznych amerykańskich prezydentów musiało korzystać z płatnych usług prywatnych agencji wywiadowczych, z których największą była Narodowa Agencja Detektywistyczna Pinkertona. Sam Allan Pinkerton był kimś, kogo dzisiaj moglibyśmy nazwać XIX-wiecznym superagentem. Podczas wojny domowej pomagał prezydentowi Abrahamowi Lincolnowi stworzyć Tajną Służbę Białego Domu (Secret Service). W czasie pokoju z usług jego detektywów korzystali głównie właściciele linii kolejowych i największych amerykańskich stalowni.

Przez cały XIX wiek amerykańska opinia publiczna była skrajnie wrogo nastawiona do koncepcji utworzenia federalnej agencji śledczej podlegającej prezydentowi. Dopiero zamach na prezydenta Williama McKinleya w 1901 r., dokonany przez anarchistę polskiego pochodzenia Leona Franciszka Czołgosza, dał prezydentowi Theodorowi Rooseveltowi asumpt do forsowania tej idei na Kapitolu. W 1903 r. Roosevelt wymusił na Kongresie przyjęcie ustawy zabraniającej zakładania na terenie USA organizacji anarchistycznych. Jednocześnie przeforsował pomysł powołania do życia silnej organizacji dochodzeniowej o szerokich uprawnieniach policyjnych. Stworzenie takiego wydziału w Departamencie Sprawiedliwości zlecił Charlesowi Josephowi Bonapartemu – wnukowi księcia Hieronima Bonapartego, byłego króla Westfalii, który był najmłodszym bratem cesarza Francuzów Napoleona I. W 1802 r. książę Hieronim osiedlił się w Baltimore, gdzie ożenił się z Elisabeth Paterson, nazywaną później „księżną Baltimore". Dama ta słynęła z paskudnego charakteru i wiecznego popijania brandy, co nie przeszkodziło jej jednak żyć w osiągnięciu wieku 94 lata. Pani Paterson miała duży wpływ na nieco despotyczny charakter wnuka, który został prokuratorem generalnym w rządzie prezydenta Theodora Roosevelta.

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Wstępniak

Paweł Łepkowski

Mroczna zagadka

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydanie Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl.

Tym żył świat

Felietony

AN

Fotoplastykon - Dziewczyna o smutnych oczach

Zanim Jadwiga Andrzejewska po raz pierwszy stanęła przed kamerą, zadebiutowała w teatrze. Miała wówczas 17 lat. Zwykle krytyczny Antoni Słonimski porównał jej sceniczną ekspresję do aktorstwa Lillian Gish, gwiazdy amerykańskiego kina niemego. Przed wojną Jadzia zagrała w kilkunastu filmach, jednak w większości były to role drugoplanowe. I cóż z tego, chciałoby się rzec, skoro po latach, gdy ogląda się ocalałe kopie, to właśnie Andrzejewska przyciąga uwagę widzów jak mało kto. Z jednej strony, jej naznaczone egzystencjalnym bólem spojrzenie predestynowało ją do ról dramatycznych. Z drugiej, dziewczęca uroda i perlisty śmiech dawały jej szansę w kabarecie i komedii. W efekcie grane przez nią bohaterki nigdy nie były oczywiste, zaskakiwały skalą emocji i ekspresji. I choć nie została gwiazdą formatu Jadwigi Smosarskiej czy Elżbiety Barszczewskiej, to publiczność ją uwielbiała, a krytycy doceniali. Więcej o artystycznej drodze „dziewczyny o smutnych oczach” na s. 76.